Underdog Football PL

17 Luty 2011

Podły czas na życie

Filed under: Uncategorized — Artur Karpiński @ 13:51

Zainspirowany dzisiejszym artykułem na Onecie, postanowiłem spłodzić tę sentymentalną notkę. Jak mawiał Mikołaj Gómez Dávila, „nie wiem, czy kiedyś było lepiej, ale patrząc na to, jak jest dzisiaj, mogę tak śmiało przypuszczać”, a ja – jako romantyczny idealista – zawsze tęskniłem za bliżej nieokreślonymi „starymi, dobrymi czasami”. Sęk w tym, że ja te lepsze (mniej plastikowe) czasy pamiętam bardzo dobrze…


Na zdjęciu: Jolanta Rutowicz – ikona dzisiejszych czasów (gazeta.pl)

Gdy byłem dorastającym brzdącem, miałem szczęście jeszcze trafić na ostatnią generację ludzi pokazujących się w telewizji, którzy przynajmniej po części byli naturalni. Pamiętam doskonale nieperfekcyjnych prezenterów, śnieżący obraz podczas transmisji piłkarskich, zmarszczki na twarzy aktorek, polityków nazywających rzeczy po imieniu i sportowców, których jedynym zadaniem było osiągnięcie dobrego wyniku na boisku, torze czy hali. Tymczasem, co nam zostało?

Początek lat 90-tych, świeżo odzyskana (czy aby na pewno?) wolność, powiew amerykańskiej świeżości w skostniałych sowieckich murach z wielkiej płyty. Telewizja Polska rozpoczyna emisję programu rozrywkowego „Czar par”, a prowadzącym jest Krzysztof Ibisz. Dwadzieścia lat później gwiazda Polsatu wygląda młodziej niż wówczas… Na „Dwójce” wciąż leci „Wielka gra” ze starzejącą się panią Stanisławą Ryster – osobą wyjętą z minionej epoki, tak nieprzystającą do współczesnych realiów świata mediów. Z drugiej strony na „Jedynce” rozpoczyna się emisja „Słonecznego patrolu” z napompowanymi silikonami w roli głównej. Swoisty dysonans, nieprawdaż? Polscy dziennikarze wyglądali jednak wciąż naturalnie: nie było stylistów, designerów i innych tego typu ludzi. Nie było takiej nachalnej kreacji wizerunku jak obecnie. Ba, w ogóle jej nie było. I w tym tkwiło piękno tamtych czasów raczkującej wolnej telewizji.

Nie jest to jednak tylko kwestia tego, że w Polsce w wyniku przemian ustrojowych dopiero zaczęto robić „profesjonalną” (czyli sztuczną) telewizję. Gdy obejrzymy nawet amerykańskie produkcje z lat 80-tych, czy początku 90-tych, aktorzy wyglądają w nich normalnie – jak my. Nie są supermenami stworzonymi w Photoshopie, święcącymi z okładek kolorowych pism. Mają zmarszczki, siwe włosy, krzywe zęby, blizny, wory pod oczami i fałdki tłuszczu. Nikt niczego nie wygładza, nie tonuje. Podobną opinię przeczytałem w jakiejś recenzji filmu „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Autor (niestety nie pamiętam nazwiska) pisze o magii tego obrazu widocznej w nieskalanej botoksem twarzy Tommy’ego Lee Jonesa, która wygląda tak jak u wielu z nas – zwykłych zjadaczy chleba – jest wysmagana wiatrem, zmęczeniem i wiekiem. Naturalność niespotykana w dzisiejszym Hollywood. Tymczasem z kolorowych okładek zza szyby kiosku napompowaną gębą świeci Edyta Górniak

Lata 90-te jakie pamiętam to też czas, kiedy ludzie nie wstydzili się publicznie nazywać rzeczy po imieniu. Największy rak życia publicznego – poprawność polityczna – dopiero – nomen omen – raczkował. W głównonurtowych mediach można było więc mówić o „pedałach”, „komuchach”, „czarnuchach”, „klechach”, „kalekach”, opowiadać żarty za które dziś grozi nakaz publicznego samobiczowania (vide poseł Węgrzyn), czy też czynić niewybredne uwagi odnośnie urody kobiet. Dziś w Ameryce osoba publiczna boi się powiedzieć, iż jest przeciw aborcji, gdyż zlewaczona opinia publiczna oskarża ją o… demoralizowanie młodzieży! Tak! Taki zarzut usłyszał od jednego z dziennikarzy idol nastolatek Justin Bieber po wywiadzie udzielonym magazynowi „Rolling Stone”, w którym otwarcie powiedział, że aborcja to morderstwo. Lewacki pomiot (a jakże! – tu nie ma politycznej poprawności) oskarżył piosenkarza o to, że teraz przez niego… nie będzie można uczyć nastolatek o możliwości aborcji, bo te będą słuchały swojego idola. To nie jest sen – to się dzieje naprawdę. I – co gorsza – wielkimi krokami zmierza do Polski. Inna historia zza oceanu w podobnym stylu to oburzenie, jakie wywołał utwór „Brick” zespołu Ben Folds Five. Wokalista do dziś musi się tłumaczyć (sic!) przed lewackimi hienami, iż tak naprawdę wcale nie jest pro-life i że ten utwór wcale nie krytykuje aborcji jako takiej! Takich czasów dożyliśmy. Nie wiem co w głębi serca myśli Ben Folds i się nigdy nie dowiem, gdyż dziś możemy poznać jedynie produkt marketingowy z etykietka „Ben Folds” a nie prawdziwego Benjamina. Za każdą wypowiedzią osoby publicznej stoi bowiem armia speców od wizerunku. Zapewne więc już niedługo ujrzymy zaprojektowane przez marketingowy sztab dementi Justina Biebera odnośnie jego wypowiedzi dla „Rolling Stone”, która zostanie określona jako „niefortunna” lub „przeinaczona”. Podły świat.

Wracając jednak do głównej tematyki tego bloga, także i atleci poszli tym obrzydliwym trendem. Na początku przytoczyłem artykuł na temat Marit Bjørgen, pokazujący, że wszechobecny plastik i sztuczność dotarły i na zawody sportowe. Kontrakty reklamowe, umowy sponsorskie, macherzy, spece, PR-owcy… Rzygać się chce. Wśród piłkarzy bywa różnie. Są tacy jak Radosław Kałużny, Jan Tomaszewski czy Wojciech Kowalczyk, którzy nie zastanawiają się co powiedzieć, by się dobrze sprzedać – a z drugiej strony mamy produkty reklamowe typu David Beckham i Cristiano Ronaldo, abstrahując od ich wartości stricte piłkarskiej. Tyle że takich ludzi jak „Tata”, „Tomek” czy „Kowal” pokazuje się albo w niszowych mediach, albo jako dziwaczne kuriozum w głównych. Niegdyś fachowe czasopisma rozpisują się obecnie o miłosnych podbojach i imprezach pełnych dziwek i koksu z udziałem piłkarzy czołowych klubów światowych, liczą miliony dolarów, jakie zarobią ci biznesmeni bez matury, a dzieciaki masturbują się przed telewizorem oglądając kolejne reklamy z udziałem ich idoli. A kiedyś tak nie było… Piłkarz był od kopania piłki, a nie od pokazywania się na czerwonym dywanie na pokazie mody. Nikogo nie obchodziło, jakiej perfumy używa ten czy inny napastnik Realu Madryt czy Barcelony (bo sportowiec ma się kojarzyć ze spoconym, owłosionym męskim ciałem, a nie wymuskanym, wydepilowanym pedalskim torsem).

Dlatego też na koniec mała rada dla wszystkich młodszych czytelników, którzy nie pamiętają czasów, o których piszę, lub nie wierzą, że tak kiedyś było. Włączcie sobie youtube, znajdźcie fragmenty teleturniejów, programów, meczów, zawodów sportowych sprzed 15-20 lat, otwórzcie szafki swoich ojców i poszukajcie starych erotyków, obejrzyjcie na wideo „Top Guna”, posłuchajcie wypowiedzi polityków pierwszej kadencji sejmu, wrzućcie do odtwarzacza starą, zjechaną kasetę magnetofonową z na wpół rozmagnetyzowaną taśmą i delektujcie się tym, czego nigdy nie było dane wam przeżyć… I raz na zawsze odrzućcie ten pierdolony plastikowy syf.

4 komentarzy »

  1. A wiesz, masz rację. Zgadzam się. Ale jest jeden problem z ostatnim zdaniem. WIększość dzieciakow nie wie co to wideo…

    Komentarz - autor: TOfu — 17 Luty 2011 @ 14:20 | Odpowiedz

  2. Tofu, nie podlizuj się

    Komentarz - autor: kastrat — 17 Luty 2011 @ 14:30 | Odpowiedz

  3. Aha, to, że mam to samo zdanie to znaczy że się podlizuję? Vami napisał prawdę.

    Rozumiem, że Twój nick wynika z pewnych istotnych problemów? Współczuję🙂

    Komentarz - autor: Tofu — 17 Luty 2011 @ 16:05 | Odpowiedz

  4. Zgadzam się w 100% Fajnie że znalazłem dziś tego bloga bo jest coś ciekawego do poczytania w wolnych chwilach🙂

    Komentarz - autor: Radek — 18 Luty 2011 @ 02:58 | Odpowiedz


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d bloggers like this: