Underdog Football PL

10 Grudzień 2009

O brother, where art thou?

Filed under: Historia — Artur Karpiński @ 16:00

Jako że żyjemy w ohydnych czasach wszechkomercjalizacji wszystkiego wokoło, a piłkarze z guys-next-door stali się celebrities, często wracam pamięcią do początków mojej futbolowej pasji. Umowną linią graniczną, kiedy piłka przestała być piłką, jest rozpoczęcie tworzenia nowotworu pod nazwą Galacticos w Realu Madryt. Głównym ambasadorem fekaliofutbolu zaś był David Beckham, a obecnie schedę po skrzydłowym reprezentacji Anglii przejął Cristiano Ronaldo, nie ujmując żadnemu z nich umiejętności czysto piłkarskich. Można by narzekać godzinami na stęchły zapach rozkładającego się sensu tej pięknej gry, jednak skupmy się na dobrych wspomnieniach. Te zaś najżywsze są z Mistrzostw Świata z USA, rozegranych w roku pańskim 1994. To właśnie ten turniej pamiętam najlepiej i to właśnie wówczas futbol przeżywałem najbardziej emocjonalnie. Dziś postanowiłem przypomnieć zawodników, którzy grali na tamtym mundialu i nadal są aktywni oraz tych, którzy już odeszli z naszego świata.


Na zdjęciu: Paolo Maldini – legenda ostatnich dwóch dekad

Zaczynając od tych, którzy wciąż jeszcze aktywnie uczestniczą w piłkarskich rozgrywkach na całym świecie, nie można zapomnieć o zawodnikach, którzy dopiero co zawiesili buty na kołku. W przeciągu ostatnich dwóch lat świat piłki nożnej stracił z boisk tak znakomitych graczy jak bramkarze Oliver Kahn, Santiago Cañizares, Bogdan Stelea czy Luca Bucci. Z futbolem pożegnali się także wracający po długich przerwach Aldair i Marc Overmars. Karierę grającego trenera zamienił na jedynie szkoleniową Dorinel Munteanu, a definitywnie z futbolem rozstali się Ronald de Boer, Daniel Borimirow, Nikos Machlas i Augustine Okocha. Zdecydowanie świeższą sprawą jest odejście trzech legend: przez wielu uznawanego za najlepszego obrońcę wszech czasów Paolo Maldiniego, gwiazdy europejskiej piłki ostatnich dwóch dekad Henrika Larssona oraz – nieco mniej znanego – weterana reprezentacji Boliwii, grającego od prawie 15 lat w Hiszpanii, Juana Manuela Peñi. Inną jeszcze grupę stanowią zawodnicy amerykańscy, którzy od czasu do czasu grywają w amatorskim zespole Hollywood United, u boku gwiazd świata filmu. Jednak przejdźmy już do tych graczy, którzy wciąż kopią piłkę regularnie.


Na zdjęciu: Antony de Ávila – 46-letni bombardier z Kolumbii

Wśród reprezentacji grających na amerykańskim mundialu, trzy z nich mogą pochwalić się aż trójką nadal aktywnych graczy. O ile w przypadku Kolumbii, są to dwaj bramkarze (długowieczni z natury) i jeden zawodnik z pola, to wśród Brazylijczyków i Norwegów golkiperów nie ma. Wspomniani dwaj łapacze z kraju kojarzonego głównie z narkotykowymi kartelami i Shakirą to Óscar Córdoba, który w lutym skończy 40 lat, oraz o półtorej roku młodszy Faryd Mondragón. Córdoba był podczas amerykańskiego mundialu golkiperem numer jeden, a Mondragón jedynie rezerwowym, jednak obecnie role się odwróciły. Co prawda obaj bramkarze nie grają już w reprezentacji swojego kraju, to właśnie Mondragón nadal występuje w czołowej lidze europejskiej. Jego 1.FC Köln mimo tego, że zajmuje odległe miejsce w tabeli, słynie z tego, iż praktycznie nie traci bramek. Pod względem szczelności defensywy plasuje się na szóstym miejscu. Trzecim Kolumbijczykiem, który nadal gra w piłkę, jest Antony de Ávila, który wznowił karierę w wieku 46 lat w Américe de Cali i wpisał się nawet na listę strzelców, o czym wspominał jakiś czas temu Sergiusz Bober na futbolinie.


Na zdjęciu: Ronaldo – il Fenomeno

W reprezentacji Canarinhos figurowało również trzech wciąż aktywnych graczy. Figurowało, bo występowało jedynie dwóch: Romário i Viola. Legendarny zawodnik Barcelony i reprezentacji kraju postanowił wspomóc klub América z Rio, który był ulubioną drużyną jego ojca. W ten sposób rzekomy strzelec tysiąca bramek trafił do klubu, który dwa lata temu spadł z trzeciej ligi, a nawet w rozgrywkach stanowych nie ma pewnego miejsca w czołówce. O ile można zrozumieć rodzinne motywacje Romário, to trudno dojść do tego, na jakiej zasadzie kluby wybiera sobie Viola. Otóż ten zawodnik w najwyższej klasie rozgrywkowej występował ostatnio pięć lat temu, gdy mimo strzelania 10 bramek nie uratował przed spadkiem drużyny Guarani. Rok później dogorywał w drugoligowej Bahii, by nagle trafić do… wielkiego Flamengo, gdzie oczywiście nie zagrał żadnego meczu. Później co chwilę zmieniał kluby, grając to jeden, to dwa mecze. Ostatnio zakotwiczył w Resende, grającym o klasę rozgrywkową wyżej niż klub Romário. Zespół byłego gracza Barcelony jednak awansował i w sezonie 2010, jeśli nie zakończą obaj kariery, być może staną naprzeciwko siebie. Tym trzecim, który jedynie figurował w kadrze Canarinhos, był pewien młodzieniaszek, który na mecze przyjeżdżał z mamą, a w wieku 18 lat nadal nosił aparat na zęby. Mimo usilnych próśb, selekcjoner Carlos Alberto Parreira nie wpuścił tego zawodnika ani na minutę. Mowa oczywiście o Ronaldo. Tym prawdziwym. Kto wie, czy gdyby nie liczne kontuzje, nie byłby to zawodnik stawiany na równi z Diego Maradoną? Jedno jest pewne – jest to jeden z najlepszych napastników ostatnich dwudziestu lat. W końcu, po perypetiach ze zdrowiem i nadwagą, dochodzi do siebie. Mimo 33 lat znów jest wielki i strzela bramki na zawołanie w Corinthians. Czy pojedzie na mundial w RPA? Na pewno byłoby to przepiękne ukoronowanie jego kariery. Póki co Dunga chyba o nim zapomniał…


Na zdjęciu: Roar Strand – był, jest, będzie

Jako że piłkarze z początkowych roczników lat 70-tych są już rzadkością na światowych boiskach, tym bardziej cieszy obecność aż trzech Norwegów reprezentujących rok 1970, 1971 i 1972 w naszym zestawieniu. Najstarszy z tej trójki oprócz wieku i doświadczenia, dzierży cechę niespotykaną praktycznie wśród młodszych graczy. Przywiązanie do klubu. Niektórym trudno sobie to wyobrazić, jednak Roar Strand koszulkę Rosenborga Trondheim przywdziewa od… 1989(!) roku. Miał jedynie rok przerwy, gdy został wypożyczony do Molde. Strand na Lerkendal był po prostu zawsze. I zapewne zawsze będzie. Nawet po zakończeniu kariery. Rok młodszy od Roara jest Erik Mykland, znany z zarostu rodem z epoki Wikingów oraz charakterystycznych cieszynek. Ten znakomity niegdyś pomocnik jednak nie występuje już w najwyższej klasie rozgrywkowej, a jedynie kopie piłkę dla przyjemności w trzecioligowym Drammen. Najmłodszy z nordyckiego tria jest Sigurd Rushfeldt, który nadal nie spuszcza z tonu i na każdym kroku potwierdza swój snajperski instynkt. W zakończonym niedawno sezonie był najlepszym strzelcem Tromsø.


Na zdjęciu: Uche Okechukwu – weteran tureckich boisk

Jeśli chodzi o reprezentacje afrykańskie grające na amerykańskim mundialu, to wciąż aktywnymi zawodnikami są obrońcy z Kamerunu i Nigerii. Nieposkromiony Lew to Rigobert Song, wujek bardziej znanego młodszym kibicom Alexandre z Arsenalu. Starszy z Songów do dziś prezentuje dobrą formę i lideruje defensywie Trabzonsporu. Jeśli chodzi zaś o Nigeryjczyka, to mowa o graczu, który w reprezentacji nie występuje od 11 lat, a sam dawno przekroczył czterdziestkę. Urodzony w 1967 roku Uche Okechukwu to prawdziwa legenda tureckiego Fenerbahçe, a obecnie ostoja świeżo upieczonego mistrza Nigerii – Bayelsa United. Może tytuł ten ma mniejszą wartość niż mistrzostwo Turcji, ale jednak dla 42-letniego gracza to na pewno olbrzymi sukces.


Na zdjęciu: Jürgen Kohler – mistrz świata sprzed 19 lat wciąż aktywny

Skoro mowa jednak o zawodnikach urodzonych w szalonych latach 60-tych, nie sposób nie wspomnieć o pewnym obrońcy, który wydawało się, że na dobre skończył z futbolem. Jürgen Kohler w zaawansowanym jak na futbolistę wieku 37 lat rozstał się z Borussią Dortmund i zajął się trenerką. Prowadził nawet młodzieżową kadrę Niemiec. Wilka jednak zawsze ciągnie do lasu. Oto w wieku 44 lat(!) Kohler rozpoczął treningi z… dziesiątoligową(!) Alemannią Adendorf. Cóż, do Antony’ego de Ávili i strzelania bramek w ekstraklasie w wieku 46 lat jeszcze Kohlerowi trochę brakuje, ale kto wie, gdzie za dwa lata piłkę kopał będzie ten mistrz świata z 1990 roku…


Na zdjęciu: Mohammed Al-Deayea – rekordzista świata w ilości występów w reprezentacji

Jak już wspominałem, archetypicznym przykładem długowieczności są bramkarze, toteż niedziwota, iż poza wspomnianymi dwoma Kolumbijczykami jeszcze czterech innych golkiperów z World Cup 1994 stoi pomiędzy słupkami swoich bramek. Tym najlepszym z pewnością jest Edwin van der Sar, jednak on na amerykańskim mundialu był jedynie zmiennikiem pewnego słynnego golkipera, którego nazwisko wstydził się wymówić każdy komentator w Polsce. Oprócz bramkarza Manchesteru United, w Premiership broni także Brad Friedel z USA – również rezerwowy, który musiał oglądać wyczyny Tony’ego Meoli z ławki. Koreańczyk Lee Won-Jae z kolei wybrany został jeszcze rok temu najlepszym nie tylko golkiperem, ale piłkarzem w ogóle, grającym w lidze koreańskiej. Zestawienie zawodników występujących na tej pozycji zamyka najbardziej chyba legendarny strażnik dwóch słupków i poprzeczki w Azji – Mohammed Al-Deayea, który wystąpił w barwach Arabii Saudyjskiej 181 razy, a do dziś jest kapitanem swojego klubu – Al-Hilal. Gdyby nie restrykcyjne przepisy prawa pracy w Wielkiej Brytanii, Al-Deayea byłby zapewne wymieniany dziś wśród najlepszych na świecie, gdyż to on był numerem jeden na liście życzeń Alexa Fergusona po odejściu Petera Schmeichela. Niestety, nie otrzymał pozwolenia na pracę…


Na zdjęciu: Claudio Suárez – przedstawiciel dawnego pokolenia

Skoro mowa o rekordzistach, nie można zapomnieć o obrońcy reprezentacji Meksyku – Claudio Suárezie, który zanotował zaledwie o 3 mecze międzynarodowe mniej niż jego rywal z Arabii Saudyjskiej. Co ciekawe, podobnie jak długowieczny Mohammed, Suárez nadal z powodzeniem występuje w lidze amerykańskiej, gdzie jest podporą Chivas USA. Dla młodszego pokolenia może taki pojedynek byłby nudny, jednak dużo bym dał, by na mundialu w RPA ujrzeć mecz Arabia Saudyjska – Meksyk z huczną uroczystością pożegnania Suáreza i Al-Deayi, piłkarzy którzy przez cały okres mojego zainteresowania futbolem byli obecni. Piłka bez Meksykanina i Saudyjczyka nie będzie już tym samym.


Na zdjęciu: Ariel Ortega – jeden z najlepszych techników ostatnich 20 lat

Poza wymienionymi już graczami, wciąż aktywni są: obrońca reprezentacji Szwecji Teddy Lučić, obecnie grający w Elfsborgu, jeden z moich ulubionych graczy wszech czasów – Argentyńczyk Ariel Arnaldo Ortega, który powrócił po latach do River Plate i znów czaruje swą niebywałą techniką, dogorywający od paru lat w lidze… luksemburskiej Marokańczyk Mustapha Hadji oraz grający w lidze amerykańskiej gwiazdor reprezentacji Boliwii Jaime Moreno. Do tego grona zaliczał się do niedawna jeszcze legendarny obrońca Wimbledonu i Manchesteru City – Terry Phelan – jednak ten pełniący przez ostatnie 4 lata funkcję grającego trenera Otago United w Nowej Zelandii Irlandczyk został zwolniony i zakończył karierę.


Na zdjęciu: Paweł Sadyrin (1942-2001)

Przechodząc dalej, czas wspomnieć o ludziach, których nie ma już nie tylko na boisku, ale i w ogóle pośród nas. Jak to mawiają Anglicy, grają obecnie w najpotężniejszej drużynie – Heaven Eleven, u boku Ernesta Wilimowskiego, Leônidasa i Ferenc Puskás. Spośród trenerów prowadzących swoje ekipy na amerykańskim mundialu, nie ma wśród nas Pawła Sadyrina, który do końca życia pozostawał aktywnym szkoleniowcem. Rak zabił go dopiero w 2001 roku, kiedy prowadził CSKA Moskwa.


Na zdjęciach: Andrés Escobar (1967-1994) i Hernán Gaviria (1969-2002)

Nie ma już na tym świecie także pięciu piłkarzy, grających podczas World Cup 1994: dwóch Kolumbijczyków, dwóch Boliwijczyków i jednego Kameruńczyka. Na swoje nieszczęście, Andrés Escobar poznał dosłowne znaczenie słów „bramka samobójcza” i zginął zastrzelony przez mafię kilka dni po meczu. Równie nieprawdopodobna śmierć przydarzyła się jego koledze z reprezentacji – Hernánowi Gavirii, którego… trafił piorun na boisku. Legenda głosi, iż przed wyjściem na trening powiedział do jednego ze zmartwionych przyjaciół „przecież nie zabije mnie jakaś burza”. Ot, ironia losu.


Na zdjęciu: Marc-Vivien Foé (1975-2003)

Wszyscy pamiętamy relację na żywo z półfinałowego meczu Pucharu Konfederacji Kamerun – Kolumbia w 2003 roku i tragiczną śmierć Marka-Viviena Foé, którego agonię pokazały wszystkie telewizje świata. Autopsja wykazała kardiomiopatię przerostową i tym samym ruszyła dyskusja na temat zdrowia zawodników, standardów badań, oskarżenia o doping i zaniedbanie. Jak czas pokazał, śmierć Foé nie była ostatnią tego typu…


Na zdjęciu: Óscar Carmelo Sánchez (1971-2007)

Obrońca reprezentacji Boliwii – Óscar Carmelo Sánchez – przez ponad dekadę był pewnym punktem swojej drużyny narodowej, kiedy wykryto u niego nowotwór nerki. Mimo poważnych problemów ze zdrowiem i operacji, podjął pracę trenera w The Strongest La Paz. W tej roli szło mu znakomicie, jednak nasilające się dolegliwości zmusiły Sáncheza do ustąpienia ze stanowiska. Miesiąc po rezygnacji legendarny defensor zmarł.


Na zdjęciu: Ramiro Castillo (1966-1997)

Historia innego Boliwijczyka – Ramiro Castillo – przypominać może niedawną śmierć Roberta Enke. Oto w 1997 roku Castillo rozgrywał turniej życia, kiedy to występująca w roli gospodarzy Boliwia doszła do finału Copa América. Kiedy już przygotowywał się do ostatecznego starcia z Brazylią w finale, dotarła doń wiadomość o śmierci syna. Castillo nigdy nie pogodził się ze stratą dziecka i wkrótce popełnił samobójstwo.

Pięciu piłkarzy i jeden trener spośród uczestników Mistrzostw Świata w USA nie żyje. Dwudziestu nadal gra w piłkę. Niestety, ta druga grupa zmniejsza się w zastraszającym tempie. Oby jednak ta pierwsza się nie powiększała za szybko… Wspomnienia o jednych i drugich nigdy nie zagasną, choćby futbol na zawsze stał się tylko biznesem i środkiem promocji gwiazd ekranu i kolorowych czasopism. Na pohybel nowym czasom!

4 komentarzy »

  1. Moje pierwsze, oglądane z pełną świadomością, mistrzostwa świata : ) Monumentalne stadiony, mnóstwo świetnych zawodników, na czele z uwielbianymi przeze mnie Kennetem Anderssonem i oczywiście Maldinim : ) O tych mistrzostwach można by pisać i pisać, wspomnień, takich pojedynczych, lecz wyrazistych smaczków jest bez liku. Po prostu ach i och😛

    Komentarz - autor: saylent — 10 Grudzień 2009 @ 17:05 | Odpowiedz

    • i dla mnie „tamte czasy” były magiczne. przez mgłę pamiętam Euro ’92, gdzie przed TV do kibicowania skazanej na porażkę Danii zaciągnął mnie ojciec. z tamtego turnieju najchętniej wspominam.. czuprynę Gullita. dla brzdąca to był najlepszy piłkarz, bo taaaaka fajna fryzura😉
      Mundial ’94 to pierwszy „świadomy turniej”. oj, kołyska Bebeto z meczu Brazylia – Holandia😉

      Wtedy wszystko było takie inne. Jakoś bardziej identyfikowałem się z piłkarzami – bramkarze: Schmeichel, trochę później Koepke, Peruzzi; obrońcy: Maldini, Baresi, właśnie Kohler; w pomocy: Gullit, Hagi; w ataku: Klinsmann, Romario…

      To były czasy🙂

      Artur, dzięki za ten tekst!

      Komentarz - autor: nowy — 12 Grudzień 2009 @ 12:06 | Odpowiedz

  2. Warto trochę dłużej czekać na kolejną notkę:) Mundial 1994 to dla grupy dwudziestoparolatków zwykle pierwsza lub jedna z pierwszych świadomie „odbieranych” imprez. Pasjonowałem się nim jak chyba żadną inną imprezą (no może jeszcze Francja 1998 może stawać z nim w szranki) i w zasadzie do dziś jestem w stanie podać wynik każdego meczu a w większości przypadków również strzelców bramek:) Al-Deayea też na mnie zrobił wtedy ogromne wrażenie, ale nie większe niż Alan Sutter, Eric Wynalda, Ilie Dumitrescu, Ray Houghton czy Thomas Brolin:) Fajne to były czasy i bardzo kolorowe mistrzostwa.
    Pozdrawiam!
    PS http://www.prokapitalizm.pl/komunistyczna-kontrpropaganda-na-polskich-stadionach.html
    Twój brat-bliźniak?:)

    Komentarz - autor: Przemek — 16 Grudzień 2009 @ 23:45 | Odpowiedz

  3. Świetny tekst Arturze. Czekam na następne.

    Komentarz - autor: Stifler — 20 Grudzień 2009 @ 23:12 | Odpowiedz


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d bloggers like this: