Underdog Football PL

26 Październik 2013

Wbrew sobie – mit obcokrajowca

Filed under: Polska — Artur Karpiński @ 15:24

GORNIK ZABRZE KONFERENCJANa zdjęciu: Adam Nawałka

Stało się to, czego wszyscy byli pewni. Adam Nawałka został ogłoszony nowym selekcjonerem reprezentacji Polski. Wielokrotnie na tym blogu, a także w innych miejscach w sieci, pisałem o tym, że tylko zagraniczny trener może nam pomóc, i że w kraju nad Wisłą próżno szukać igły w stogu siana  diamentów w stercie ekskrementów. Postanowiłem jednak sprawdzić jedną rzecz. Nie zmieniła oczywiście ona mojego zdania, ale dała iskrę nadziei. Przeglądając ELO Ratings wynotowałem wszystkie reprezentacje z pierwszej pięćdziesiątki rankingu, które poczyniły postęp o co najmniej 10 pozycji względem ubiegłego roku. Wyszło jedenaście ekip. Wówczas zajrzałem w ich sztaby szkoleniowe. Wnioski okazały się miażdżące!

Obcy, ale… sami swoi

Jedyne trzy drużyny mające zagranicznych selekcjonerów to: USA, Kostaryka i Austria. Z tym że… czy naprawdę są to obcy ludzie w innym świecie? Jurgen Klinsmann ma żonę Amerykankę, mieszka w Stanach i tak bardzo przesiąkł tym amerykańskim snem, że traktują go jak swojego. Nie wspominam o oczywistości, czyli o tym, że niemiecki selekcjoner płynnie mówi po angielsku. Drugi fachowiec w tej grupie to Marcel Koller – Szwajcar prowadzący Austrię. Tu o problemach językowych także nie ma mowy. Co prawda sam Koller nigdy nie grał ani nie trenował w Austrii, to jednak całe swoje zawodowe życie spędził w krajach niemieckojęzycznych. Obcy, ale swój. Rewelacyjnie w eliminacjach strefy CONCACAF poradziła sobie Kostaryka, wygrywając wszystkie mecze na własnym boisku. Na wyjazdach było dużo gorzej, ale wystarczyło to do zajęcia drugiego miejsca w grupie i zmuszenia Meksyku do gry w barażach. Kto trenuje Alvaro Saborio i spółkę? Jorge Luis Pinto. To człowiek, który czego nie dotknie, zamienia w złoto. Wygrywał mistrzostwo Kostaryki, Peru, Wenezueli, a także rodzimej Kolumbii. To ostatnie zdobył wprowadzając rok wcześniej drugoligową Cucutę do pierwszej ligi. I to by było na tyle! W całej tej jedenastce nie ma żadnego selekcjonera z zagranicy, nieznającego języka, będącego jedynie okazjonalnym gościem w kraju, który trenuje. Ani jednego. Kto tworzy więc pozostałą ósemkę? „Najlepsi w klasie”? Czy może „koty w worku”?

Weterani

 Do tej grupy na pewno można, i trzeba, zaliczyć Oscara Tabareza – selekcjonera Urugwaju. Prowadzi tę drużynę od siedmiu lat, a w przeszłości otarł się nawet o AC Milan. I tu ważna dygresja – po tryumfie w Copa America 2011, Tabarez zaliczył niemiłosiernie słaby rok 2012 (0:4 z Argentyną, 0:3 z Kolumbią, 1:4 z Boliwią) i – gdyby pracował w Polsce – dawno pożegnałby się z posadą. Dano jednak „El Maestro” szansę i ten podniósł celestes z kolan. Co prawda przez wpadkę w Ekwadorze zagrają w barażach, ale niewiele brakowało, a i tam by ich zabrakło. Innym weteranem jest Srecko Katanec, który ponownie prowadzi Słowenię. Pamiętam doskonale mecze jego drużyny z Euro 2000 czy MŚ 2002. Od początku tego roku znów dostał szansę i osiągał całkiem niezłe wyniki. Do barażów zabrakło pokonania Islandii u siebie, jednak 3:0 z Norwegią czy 2:0 z Turcją na pewno dają pewne nadzieje na przyszłość. Co ciekawe, Słoweńcy nigdy nie mieli selekcjonera z zagranicy, a zaliczyli dwa mundiale, jedne Mistrzostwa Europy i jedne baraże o awans do tychże. Jak to mówi młodzież – not bad.

Olimpijczycy

Zadziwiające jest to, że w Polsce nikt nie wpadł na to, by powierzyć kadrę seniorów tym, którzy odnosili sukcesy z reprezentacjami młodzieżowymi. Ani Andrzej Zamilski, ani Michał Globisz nigdy nie otrzymali szansy pracy z pierwszą drużyną. Padają argumenty, że nie poradzili sobie w dorosłym futbolu. Tyle że były to próby klubowe. A – o hipokryci! – ci sami ludzie wytaczają opinie, że selekcjoner i trener to dwa różne światy. Były jednak kraje, które zaryzykowały. Najlepszym przykładem jest zupełnie nieznany nad Wisłą Mahdi Ali. Człowiek, który zjadł zęby na młodzieżowej piłce w Emiratach, po kompromitacji poprzednika w eliminacjach do MŚ otrzymał w końcu szansę pracy z dorosłymi. Wyrzucił z kadry przebrzmiałe gwiazdy i skłócone primadonny, a postawił na tych, których znał. Szesnastu olimpijczyków promował do pierwszej drużyny, skład uzupełnił tymi, którzy prezentowali przyzwoity poziom w przegranych eliminacjach i… jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Zjednoczone Emiraty Arabskie poczyniły największy awans w rankingu na całym świecie, wygrały Puchar Zatoki Perskiej oraz wszystkie mecze eliminacyjne do Pucharu Azji! Drugim z ekstrenerów młodzieży jest James Kwesi Appiah – obecny opiekun Czarnych Gwiazd z Ghany. W 2011 roku, pokonując w finale RPA, jego młodzieżówka wygrała All-African Games i rok później postanowiono spróbować Appiaha jako selekcjonera dorosłej kadry. W meczach eliminacyjnych okazał się bezbłędny, notując jedynie skromną wpadkę w Zambii, co jednak nie przeszkodziło jego podopiecznym w zajęciu pierwszego miejsca w grupie i rozgromieniu 6:1 Egiptu w ostatniej rundzie kwalifikacyjnej. Nieco poniżej oczekiwań jedynie Ghana spisała się podczas Pucharu Narodów Afryki. Po pechowej porażce po karnych z Burkiną Faso, drużyna Appiaha nie awansowała do finału i na dodatek przegrała pojedynek o brąz z Mali. Do Brazylii jednak Czarne Gwiazdy polecą, gdyż Egipt musiałby wygrać w rewanżu aż 5:0, co wydaje się niemożliwe.

Zapomniany, odkurzony

Pisałem ostatnio o tym, że Ukraińcy – zawsze niechętni obcokrajowcom u steru i wierni szkole Łobanowskiego – w końcu być może znaleźli tego, kogo szukali. Mychajło Fomenko przez ostatnie dwadzieścia lat (sic!) nie trenował żadnego poważnego klubu, nie licząc krótkich epizodów w Metaliście Charków. Warto jednak pamiętać, że to właśnie on doprowadził w 1993 roku Dynamo Kijów do pierwszego dubletu (mistrzostwo + puchar), a następnie wyeliminował z Pucharu Mistrzów wielką Barcelonę! Patrząc na ostatnie wyniki reprezentacji Ukrainy, można śmiało powiedzieć, że Fomence po prostu nikt wcześniej nie dał prawdziwej szansy, choć półfinał krajowego pucharu i dwukrotnie zajęte piąte miejsce w lidze z Tawrią Symferopol, a także finał pucharu z miernym CSKA Kijów mogły wskazywać na niezły warsztat Ukraińca.

Byłe gwiazdy kadry

 Tu można byłoby też jeszcze raz napisać o Klinsmannie, który w 2006 roku pierwszą poważną pracę dostał właśnie w rodzimej reprezentacji, ale on obecnie na chleb zarabia w Ameryce. Podobnie jak Słoweńcy, nigdy za zagranicznymi szkoleniowcami nie przepadali Serbowie (jedyny wyjątek to mający od zawsze chrapkę na posadę w Warszawie Javier Clemente, który jednak różnicy nie zrobił i wrócono do rodzimych selekcjonerów). Najlepsze wyniki w historii niepodległej Serbii robili szkoleniowcy urodzeni na Bałkanach. Najpierw Slobodan Santrac, a później legendarny Vujadin Boskov i Radomir Antić. Sinisa Mihajlović selekcjonerem został w 2012 roku i póki co daleko mu do sukcesów wspomnianej trójki. Nie awansował co prawda nawet do barażów w mundialowych eliminacjach, ale końcówkę miał niezłą. Przez rok zbierał oklep od wszystkich, pokonując jedynie Walię u siebie, a także towarzysko Chile. Porażki z odwiecznym rywalem – Chorwacją – a także sensacyjna klęska w Macedonii na pewno bolały. Związek jednak Mihajlovicia zostawił na stanowisku, a gra Serbii uległa poprawie. Minimalna porażka w Belgii, remis z Chorwacją, zwycięstwa ze Szkocją i Walią oraz udany rewanż na Macedończykach. To bilans ostatnich paru miesięcy reprezentacji plavich. Ostatnio chodzą pogłoski, że Mihajlović ma jednak rzucić kadrę i wrócić do trenowania klubów we Włoszech, gdzie czuje się najlepiej.

Z zagranicznych szkoleniowców zrezygnowano w Nigerii. Po tym, jak nic szczególnego nie ugrali Berti Vogts i Lars Lagerback, zaczęto doceniać swoich. W 2011 zatrudniono Stephena Keshiego, byłą gwiazdę Super Orłów, któremu asystuje inna legenda kadry – Daniel Amokachi. Ta dwójka zdobyła Puchar Narodów Afryki i zakończyła eliminacje do brazylijskiego mundialu bez porażki. Co prawda Etiopia jeszcze może sprawić niespodziankę i wyeliminować podopiecznych gwiazdorskiego duetu, jednak porażka 0:2 w Addis-Abebie raczej nie wchodzi w rachubę.

Ostatnią z byłych legend kadry jest Mixu Paatelainen. Człowiek, który od ćwierćwiecza mieszka na Wyspach, a w ligach szkockich zdobył setkę bramek. Po zawieszeniu butów na kołku został trenerem i wspinał się powoli po szczeblach kariery, najpierw wygrywając czwartą ligę z Cowdenbeath, a następnie pracując w najwyższej klasie rozgrywkowej. W pierwszej poważnej pracy awansował z Hibernian do Pucharu Intertoto. Dwa lata później, uzyskując świetne rezultaty w Kilmarnock, wybrano go Trenerem Roku w Szkocji. Paatelainen od dwóch lat prowadzi Finów i w minionych eliminacjach przegrał tylko z wielkimi reprezentacjami: Francji i Hiszpanii – i to też nie wszystkie spotkania, gdyż zatrzymał La Furia Roja w Gijón. Warto tu także nadmienić, że w Helsinkach nie poradził sobie ani Roy Hodgson, ani Richard Moller-Nielsen.

Podsumowując, z pierwszej pięćdziesiątki rankingu ELO Ratings, wśród drużyn, które osiągnęły największy awans w ostatnim roku, wszystkie reprezentacje posiadają trenerów z własnego kraju, kręgu językowo-kulturowego lub związanego w jakimś stopniu z trenowanym narodem. Ani jedna z kadr nie posiada na stanowisku selekcjonera nieznającego języka piłkarzy, których ma motywować do zwycięstw.  W tym świetle decyzja Bońka staje się zrozumiała, choć i tak jestem wobec niej nastawiony mocno sceptycznie.

16 Październik 2013

Krajobraz po Fornaliku

Filed under: Polska — Artur Karpiński @ 10:33

forn

Jak to zwykle bywa, przerżnęliśmy z kretesem eliminacje do kolejnego turnieju. I, zgodnie z tradycją, zwalniamy chóralnie selekcjonera. Wydawało się, że osoba Zbigniewa Bońka gwarantuje nieco więcej zrozumiałych decyzji na szczeblu centralnym, niż za czasów poprzednika, jednak chyba „Zibi” już zdążył rozsiąść się całym sobą na prezesowskim fotelu i wchłonąć zatęchłe odmęty prekursorów. Można oczywiście zadać sobie pytanie, na ile przecieki wypływające z futbolowej centrali są prawdziwe, ale jeśli jest w nich ziarnko prawdy – źle się dzieje w państwie polskim. Jestem, i zawsze byłem, wrogiem tak zwanej Polskiej Myśli Szkoleniowej (PMS – skrót nieprzypadkowy). Uważam, że tak jak nie mamy w tym kraju dobrych piłkarzy, tak i nie mamy dobrych trenerów. Wszelkiej maści patrioci i nacjonaliści będą się zacietrzewiać, że wszystkie sukcesy odnieśliśmy z Polakiem na ławce, a nasze talenty urodziły się ze słowiańskich matek, które karmiły bohaterów narodowych piersią osnutą blond warkoczem. Zgoda – tyle że było to czterdzieści lat temu.

Sowietom i ich satelitom nie można odmówić jednego – wychowanie fizyczne w krajach socjalistycznych zawsze stało na najwyższym poziomie. Po upadku Żelaznej Kurtyny ani Rosja, ani Polska, ani żaden inny postkomunistyczny kraj nie zbliżył się do dawnego poziomu. Oczywiście, Ukraińcy czy Moskale radzą sobie lepiej niż nasze orły, jednak do wyników z czasów Błochina, Jaszyna czy Alejnikaua (który wówczas jeszcze się pisał z rosyjska Alejnikow) im daleko. Jeden półfinał Mistrzostw Europy to trochę mało. Ten skromny sukces Rosjanie osiągnęli pod wodzą Guusa Hiddinka. Jego następca – Dick Advocaat, wymieniany przez zwolenników opcji zagranicznej w Polsce – nie wyszedł z grupy na Euro 2012. Dopiero zatrudnienie Fabio Capello spowodowało, że nasi wschodni sąsiedzi awansowali na brazylijski mundial z pierwszego miejsca, zostawiając w tyle Portugalczyków. Ukraina z kolei zawsze stawiała na trenerów z własnego matecznika (zapewne wciąż wspominając czasy wielkiego Walerego Łobanowskiego), co zaowocowało tym, że zaledwie raz awansowała do Mistrzostw Świata i ani razu do Mistrzostw Europy (nie liczę ostatnich, które wspólnie organizowaliśmy). Oczywiście podopieczni Fomenki mogą jeszcze do Brazylii pojechać, ale – umówmy się – z grupy z Polską do barażów nie było trudno awansować. Myślę, że najwyższa pora, aby zarówno Polacy, jak i Ukraińcy zrozumieli jedno: nie ma już Górskiego i Łobanowskiego. Tak, wiem, że Fomenko dwa razy zremisował z Anglią, że pokonał 4:0 na wyjeździe Czarnogórę i jeszcze ani razu nie przegrał. Być może rzeczywiście „ślepej kurze trafiło się ziarno” i spośród ligowej szarzyzny ukraiński ZPN wyciągnął diament. To się okaże. Dotychczas jednak rodzimi trenerzy zawodzili nad Dnieprem na całej linii. Rosjanie z kolei poszli inną drogą i – poza wpadką z Advocaatem – odrzucili starą szkołę, wyrzucili tych wszystkich Gazajewów, Jarcewów i innych zasłużonych notabli i zaczęli wydawać gruby szmal na szkoleniowców z najwyższej światowej półki.

Osobiście żałuję, że Leo Beenhakker rozstawał się z Polską w takiej atmosferze, że mieliśmy prezesa-chłopka-roztropka, który ten klimat tworzył, i że nie podążono dalej drogą zatrudniania zagranicznych szkoleniowców. Byłem zwolennikiem Leo i jego wizji. Holender stanowił odtrutkę na to zaściankowe polskie postsowieckie myślenie, na te legendarne skarpety w sandałach. Klasa, doświadczenie, autorytet. Owszem, także mentorski ton i wybujałe ego – ale chwileczkę – czy aby nie miał ku temu powodów? Znów polscy patrioci się burzą, że jak to: przyjeżdża jakiś dziadek i nas poucza? Przecież jesteśmy wielkim, czterdziestomilionowym krajem o pięknej historii i nie potrzebujemy słuchać jakiegoś Beenhakkera… To jest właśnie to polskie cebulactwo. Opowiem o tym na innym przykładzie, przytoczonym kiedyś przez jednego z moich kursantów. Przyleciał z Ameryki facet, który dorobił się milionów i napisał książkę o swoich strategiach inwestycyjnych, by przeprowadzić w polskiej firmie szkolenie. Po zakończonym wykładzie w kuluarach słychać było głosy w stylu „Co tu jakiś Amerykanin będzie mi mówił jak ja mam inwestować? Ja wiem lepiej co ja mam z pieniędzmi swoimi robić”. To jest ta nasza narodowa megalomania i przekonanie, że jesteśmy narodem wybranym. Nie, nie jesteśmy. Czas się obudzić i uczyć od tych, którzy rzeczywiście coś osiągnęli, a nie udawać, że pozjadało się wszystkie rozumy i tylko z niewytłumaczalnych powodów nie jesteśmy jeszcze Mistrzem Świata. Ale już za cztery lata…

Zbigniew Boniek upiera się jednak podobno przy opcji polskiej. No cóż – jego prawo – on tu rządzi. Nam zostaje jedynie te decyzje komentować. Na giełdzie medialnej pojawiają się przede wszystkim nazwiska Wdowczyka i Nawałki, a gdzieniegdzie słychać o egzotycznych pomysłach odkurzenia Engela czy zatrudnienia Skorży. Od tego ostatniego wolałbym chyba w roli selekcjonera mojego zdechłego przed laty psa. Polskiego kibica we Wdowczyku najbardziej boli to, że był skazany za korupcję. W przeciwieństwie do swoich kolegów po fachu, zamiast sypać lub rżnąć głupa, po prostu wziął to na klatę i odcierpiał zasłużoną karę. Polak jednak uwielbia podwójne standardy. Kocha ludzi czystych jak łza. Gardzi tymi, którzy oficjalnie dopuścili się przestępstwa, a sam w domowym zaciszu myśli tylko jak coś tu zakombinować na lewo. „Kto jest bez grzechu – niech pierwszy rzuci kamień!” – nawołuję do tych, którzy przeklinają „Wdowca” ze względu na jego przeszłość. Dla mnie kandydatura trenera Pogoni jest jednak równie zła, co pomysł z zatrudnieniem Adama Nawałki. Po prostu to nie jest ten osławiony „international level”. Na polskim podwórku znakomite wyniki miał Franciszek Smuda (i po powrocie do Ekstraklasy znów je ma!), a jak mu poszło z kadrą – każdy pamięta. Zatrudniono Waldemara Fornalika – mającego za sobą bardzo udany sezon z przeciętnym Ruchem – i efekty widać w tabeli eliminacji. Analogiczne sukcesy osiągają obecnie wspomniani dwaj Bońkowi kandydaci. Wybór dowolnego z tej dwójki będzie tak naprawdę kontynuacją Fornalikowego trendu. Jednym zdaniem – nic się nie zmieni. Będziemy dalej błądzić i szukać naszego Fomenki, zamiast pójść drogą rosyjską. Do samego Nawałki zaś największe zastrzeżenia mam jeśli chodzi o umiejętność selekcji. Pamiętam doskonale, gdy był trenerem Jagiellonii. Praktycznie wszyscy gracze, jakich ściągnął do Białegostoku, okazali się niewypałami. Wystarczy wspomnieć nazwiska Adama Kompały, Arkadiusza i Łukasza Kubików czy Tomasza Moskala. Swoją selekcyjną indolencję Nawałka potwierdził zresztą także w Górniku, kiedy to przygarnął Tomasza Zahorskiego i Grzegorza Bonina. Trenerem i motywatorem może być świetnym, ale zawodników wybierać nie umie.

No dobrze – więc jeśli jednak z zagranicy – to kto? Przede wszystkim trener obyty na arenie międzynarodowej, który przysłowiowe zęby zjadł na futbolu, a także osoba znana z tego, że potrafi zrobić coś z niczego. Selekcjoner niebojący się eksperymentów, odważny i taki, który nie będzie się obawiał przełożonych, mediów i kibiców. Słowem człowiek o autorskim pomyśle, potrafiący podjąć niepopularną decyzję wbrew wszystkim, zaskoczyć powołaniem lub jego brakiem, by na koniec po meczu wygarnąć na konferencji „I co? Miałem rację!”. Spośród tych nazwisk, które gdzieś przewijają się w mediach, podoba mi się kandydatura Marcelo Bielsy, wysunięta przez Michała Pola. Ja jednak mam innego faworyta – jest nim Zdenek Zeman. Już słyszę tę lawinę śmiechu i komentarze z odmienianymi przez wszystkie przypadki słowami „Roma” i „Crvena zvezda”. Nie dziwię im się za bardzo – przywykłem – trzeba jednak spojrzeć głębiej. O tym, kim jest czeski szkoleniowiec, pisałem już nie raz, i myślę, że większość czytelników doskonale zna tę postać. Czy jednak spełnia założenia postawione w pierwszym zdaniu tego akapitu? Gwiazda Zdenka Zemana na trenerskim firmamencie świeci od ponad trzydziestu lat, podczas których Czech osiągał sukcesy z wieloma ekipami we Włoszech. Do tego jednak dojdziemy. Czy znany jest z niekonwencjonalnych rozwiązań, eksperymentów, odwagi i bezkompromisowości? Chyba nie ma drugiego takiego jak on w tej kwestii. Jego taktyczna maestria, sięganie po graczy nikomu nieznanych i robienie z nich liderów drużyny, głośna krytyka wszelkich przekrętów, nieuczciwości i wywlekanie na światło dzienne afer – to definicja Zemana. Uważam, że Czech jest selekcjonerem, który byłby w stanie dla przykładu wyjść przed kamery i powiedzieć „Błaszczykowski psuje mi atmosferę i więcej go nie powołam, ale podoba mi się Bartek Pawłowski i z Anglią zagra w pierwszym składzie”. Zresztą jednym z powodów ostatniego niepowodzenia Zemana w Romie był nieustający konflikt z Daniele De Rossim. W reprezentacji takiego zawodnika mógłby po prostu wyrzucić na stałe z drużyny i dobrać kogoś, kto pasuje mu do koncepcji, nie zważając na larum ze strony dziennikarzy i kibiców. Jednym z głównych zarzutów wobec twórcy Zemanlandii jest rzekomy brak sukcesów – a ściślej – trofeów. Tym akurat my nie powinniśmy się przejmować i na to za bardzo patrzeć, gdyż… raczej o żadne trofea grać nie będziemy przez najbliższe sto lat. My w Europie startujemy z pozycji kopciuszka, z pogranicza czwartego koszyka, a to Zeman lubi najbardziej! Największym sukcesem Czecha jest do dziś przeprowadzenie taktycznej i kadrowej rewolucji w trzecioligowej Foggii i doprowadzenie jej do Serie A. Za każdym razem, gdy Zeman brał się za klub słaby lub przeciętny, robił tam wynik ponad stan. Tak było we wspomnianej Foggii, a także w Lecce czy ostatnio w Pescarze, którą także wprowadził do elity. Przypomnę, że jego następca spuścił ten klub z hukiem z ostatniego miejsca. Czechowi nie szło w drużynach walczących o najwyższe lokaty: w Romie, Crvenej zveździe czy Fenerbahce. Dlatego też, będąc Hiszpanem, Anglikiem czy Niemcem, nie forowałbym tej kandydatury. Zeman stworzony jest do kopciuszków – takich jak Polska. Jestem pewien, że tak jak w Foggii odkrył talenty Signoriego, Rambaudiego, Di Biagio czy Koływanowa, a w Pescarze pokazał światu niesamowitego Lorenzo Insigne, tak i w naszej reprezentacji wyciągnąłby jakiegoś asa z rękawa. Drugi zarzut przeciwników, to ultraofensywna taktyka stosowana przez Czecha, która – na logikę przeciętnego kibica – musi przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Otóż właśnie Zeman udowodnił, że nie musi. Dosyć mam gadających głów, które przekonują, że najważniejsze to zagrać na zero z tyłu, że utrzymują się w lidze te drużyny, które tracą najmniej goli i tak dalej. To wyświechtane slogany, które – owszem – czasem się sprawdzają, jednak Zemanowskie drużyny totalnie temu przeczyły. W Lecce czy Foggii, będąc skazywanym na pożarcie beniaminkiem, wystawiał trzech napastników przeciw Milanowi czy Juventusowi i robił wynik. Krąży też opinia, że Polacy nie potrafią wymienić trzech podań do przodu na połowie przeciwnika. Owszem – może w obecnym ustawieniu nie umieją. Geometryczne 4-3-3 Zemana jest jednak stworzone do tego, by ułatwić granie w ten sposób, a sam czeski trener znajdzie bez trudu zawodników pasujących mu do ulubionej taktyki. W tym garncu miodu jest jednak łyżka dziegciu. Poza wymienionymi zaletami, jednego na futbol reprezentacyjny przełożyć się nie da. Oprócz taktyki i nastawienia, w drużynach Zemana ogromny nacisk zawsze miało przygotowanie fizyczne – takie w starym Lenczykowskim stylu. Na boisku panowała finezja, ale na treningach ostra harówka i wybieganie. Tu przed Czechem stałoby największe wyzwanie – jednak, wierząc w jego umiejętności, uważam, że szybko zorientowałby się, którzy reprezentanci są odpowiednio przygotowani fizycznie i którzy klubowi trenerzy wykonują w tej materii dobrą robotę.

Oczywiście moje marzenia, narzekania i oczekiwania bardzo szybko zweryfikuje rzeczywistość. Zapewne Fornalik zostanie do końca roku, a potem będziemy mieli powtórkę z rozrywki. Kolejnego Smudę czy Fornalika-bis. Jakiegoś Nawałkę, Wdowczyka, Skorżę… I naiwna wiara w cud każe nam znów zasiąść przed telewizorem, a po dwóch latach znów razem zakrzykniemy „Polacy nic się nie stało!”.

Następna strona »

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.